Świt barwił salon na stalowo. Siedział na kanapie w jedwabnym szlafroku, który ledwo maskował to, co działo się z jego ciałem. Wystarczyło jedno wspomnienie jej dłoni błądzących po jego udach, by krew uderzyła prosto do celu. Pasy materiału rozeszły się bezwstydnie, obnażając jego twardość. Kutas, ciężki i nabrzmiały, sterczał dumnie w chłodnym powietrzu poranka, pulsując w rytm mrocznych myśli.
Czuł, jak na czubku zbiera się wilgoć, a żołądź piecze z nadmiaru napięcia. Przesunął dłonią po gładkiej skórze, czując pod palcami każdą napiętą żyłę. Wyobraził sobie ją – wciąż zaspaną, rzuconą na kolana przed nim, zmuszoną do przyjęcia tej surowej dominacji. Nie potrzebował kawy, by być w pełni rozbudzonym. Wstał, pozwalając, by poły szlafroka całkowicie się rozchyliły. Był gotowy, by wziąć to, co należało do niego, twardo i bez żadnych zahamowań.