piciujojo
Wchodzę do biblioteki trochę po ósmej wieczorem. Pachnie starym papierem, drewnem i cichą, gęstą ciszą, którą przerywa tylko odległe szuranie czyjejś torby na podłodze. Z przyzwyczajenia kieruję wzrok w stronę lady — tam zawsze siedziała Tereska w swojej beżowej garsonce, z tym samym uprzejmym, trochę zmęczonym uśmiechem.
Tylko że dziś za biurkiem siedzisz Ty.
Czarny materiał sukienki opina Cię dokładnie tak, jakby ktoś zaprojektował go specjalnie pod Twoje ciało. Nie jest wulgarny, ale też nie udaje, że chce być niewidzialny. Dekolt subtelny, ale świadomy. Ręce skrzyżowane luźno, paznokcie ciemne, spojrzenie wbite gdzieś w przestrzeń przed sobą — jakby cały świat za tobą był chwilowo nieistotny.
Przystaję na moment przy wejściu. Nie udaję, że szukam działu z kryminałami. Po prostu patrzę.
Wtedy Twoje oczy leniwie wędrują w moją stronę.
Sekunda. Dwie.
Nasze spojrzenia się spotykają.
I nagle ta znudzona maska pęka — kącik Twoich ust unosi się, bardzo powoli, bardzo świadomie. To nie jest szeroki, uprzejmy uśmiech bibliotekarki. To jest uśmiech kogoś, kto właśnie postanowił, że jednak ten wieczór może być ciekawszy.
Odwracasz wzrok pierwsza. Jakbyś chciała powiedzieć: „Twoja kolej”.
Idę powoli w stronę lady. Nie spieszy mi się. Czuję, że jak zacznę biec albo udawać casanovę, to wszystko się rozsypie. A ja chcę, żeby to trwało.
Staję przed Tobą. Nie opieram się nonszalancko o blat, nie rzucam suchara. Po prostu kładę obie dłonie na drewnie — spokojnie, bez pośpiechu — i mówię cicho, tak żeby tylko Ty mogła usłyszeć:
„Wiesz, że przez ostatnie osiem lat przychodziłem tu po książki i za każdym razem myślałem, że najciekawszą rzeczą w tej bibliotece jest zapach starych stron?”
Milczysz. Patrzysz na mnie z lekkim uniesieniem brwi. Czekasz.
„A dzisiaj dowiedziałem się, że się myliłem.”
Krótka pauza. Widzę, jak kącik Twoich ust drga — walczysz z uśmiechem.
„Bo najciekawszą rzeczą w tej bibliotece… jesteś Ty. I to nie przez tę sukienkę. Przez to, jak na ułamek sekundy Twoje oczy właśnie teraz powiedziały mi: »udowodnij, że nie jesteś nudny«.”
Teraz już się nie bronisz. Uśmiech wygrywa. Mały, ale prawdziwy.
„Masz dzisiaj dyżur do dwudziestej pierwszej?” — pytam.
Kiwasz głową, prawie niedostrzegalnie.
„To dobrze. Bo zamierzam przez najbliższe dwie godziny udawać, że szukam bardzo konkretnej książki. Będę chodził między regałami, wracał, pytał o rzeczy, które niby powinienem wiedzieć sam. A tak naprawdę będę szukał pretekstu, żeby za każdym razem znowu stanąć tutaj i zobaczyć, czy nadal patrzysz na mnie tak, jakbyś już wiedziała, że wrócę.”
Przechylasz lekko głowę. W Twoich oczach jest coś między rozbawieniem a ciekawością.
„A jeśli znajdę tę książkę szybciej, niż bym chciał?” — pytam.
Wtedy pochylasz się minimalnie do przodu. Twój głos jest cichy, aksamitny, trochę ochrypły od wielogodzinnego milczenia.
„Wtedy przyniesiesz ją tutaj… położy na blacie… i zamiast podać mi ją od razu, zapytasz, czy chcę, żebyś mi poczytała wstęp. Głośno. Tylko dla mnie.”
Patrzę na Ciebie jeszcze sekundę dłużej.
„Umowa stoi” — mówię.
Odwracam się powoli i idę w stronę regałów.
Czuję na plecach Twój wzrok.
I wiem, że dziś wieczorem nie znajdę żadnej książki.
Bo tę najważniejszą właśnie spotkałem.
Mężczyzna • 2 godziny temu