Znów jestem w Warszawie. Biznesowo + gala telewizyjnych inwestorów w H15 Boutique Hotel + dwa spotkania autorskie …. Chwila czasu więc koniecznie do teatru. ,Extasy Show’ w Teatrze Polonia … czyli sztuka o przymusie umierania. O społeczeństwie, które przestało tolerować starych. Sztuka w konwencji upiornej groteski, przyozdobionej umyślnie kiczowatymi dekoracjami. Kamilla Baar, w pierwszym akcie chamowata pielęgniarka, staje się mistrzynią ceremonii spektaklu śmierci, przerysowaną do ostatecznych granic, po to aby obudzić w nas grozę. I chyba się udało. Starców grają, znakomicie, Magdalena Zawadzka , Ewa Decówna i Andrzej Pieczyński - zagubione ofiary, próbujące się schować za różnymi rodzajami fikcji. Początkowo są nawet zabawni, szybko jednak dodają do rysunku swoich postaci dodatkowe konteksty całkiem serio.
No cóż. Dołujące. No ale ja już mam siedemdziesiątke na karku. Szczerze ? Nie polecam. Po gali - idę się zabawić …
Przy okazji pytanie : chodzicie do teatru? Kiedy byliście ostatnio?
Ja nie chodzę. Po prostu nie odczuwam takiej potrzeby. Ten współczesny, nowoczesny, awangardowy czy jak go tam jeszcze nazwać teatr, jak zresztą cała ta współczesna sztuka, zwyczajnie mnie odrzuca. W telewizji czy w internecie jak widzę dobry spektakl to z przyjemnością go obejrzę. Tacy "Emigranci" Mrożka w reżyserii Kutza i ze znakomitymi kreacjami Kondrata i Zamachowskiego to jest coś co mnie zachwyca. Oglądałem to kiedyś razem z moim Młodym i niektóre teksty weszły potem do naszego domowego żargonu np. "Jezdem!" i odpowiedź: "Mówi się jestem", albo jak słyszę: Tato, poczęstujesz się? to naśladując intonację Kondrata odpowiadam: "Dziękuję bardzo, ale ja nie jestem łasy na twoje smakołyki, ja odżywiam się racjonalnie i umiarkowanie, a ty żresz, pochłaniasz ponad miarę!". Albo taka "Kolacja na cztery ręce" z Gajosem, Wilhelmim i Trelą? Przecież to można oglądać co tydzień. W ostatnim czasie oglądałem "Oszustów" z Trelą, Englertem, Kownacką i Szczepkowską, "Next ex" ze Stelmaszykiem i Małgosią Zajączkowską czy "Zazdrość" z Englertem, Jandą i Segdą. I podobały mi się te sztuki. Ale to na zasadzie wyjątku, bo współczesny teatr komuś takiemu jak ja ma niewiele do zaoferowania. Co roku jestem w Krakowie, tam jest trochę tych teatrów, więc obiecuję sobie, że kiedyś tam pójdę. Ale albo później nie ma czasu, albo repertuar jest mało zachęcający i ostatecznie wolę iść do Czartoryskich sycić wzrok Damą z Łasicą lub pójść do Mariackiego i podziwiać Ołtarz Wita Stwosza, bo to jest coś co na mnie działa kojąco, co porusza mnie do głębi. Tak więc ja jestem teatralnym abnegatem, ale pocieszam się, że jestem w doborowym gronie, bo i Waldemar Łysiak i Andrzej Pilipiuk również od wielu lat nie odwiedzają tego rodzaju przybytków...
Ja w tym sezonie byłem z cztery razy, ale za każdym razem jest jest to jakiś off, bardziej performance, działanie niż teatr. Raz to wychodzi lepiej, raz gorzej, ale przyznać muszę, że robienie teatru uważam za dużo ciekawsze niż jego oglądanie
Dla mnie teatr to życie … bo w odróżnieniu od kolegi Sneera, chłonę go i znajduje w nim szczególną radość w wymiarze szerszym, ponad tym telewizyjnym banałem dwu-wymiarowym. Z racji moich uwarunkowań zawodowych zaliczam kilkadziesiąt wizyt w teatrze rocznie, zarówno w skali Broadway’owej … jak i off - Broadway … jak i off -off Broadway ( mądry wie o czym piszę , głupi i tak nie pojmie różnicy ) czy też tej ,naszej Polskiej’ - którą z uwagi na ten ,lingwistyczny smooth’ - cenię najbardziej. Teatr to czysta magia . To też zapach. To głębia sceny. To pot aktorów. Teatr to tembr głosu. To gra świateł. Teatr to mistycyzm i zachwyt nad geniuszem scenografów działających w ograniczonej przestrzeni i czasie. Teatr to podróż w przestrzeń zmysłowej wrażliwości. Ludzie dzielą się na tych obdarowanych umiejętnością zachwytu nad teatrem żywym … i tych … pozostałych.
No to ja głupi jestem, bo nie wiem jaka jest różnica. Mogłabyś wyjaśnić? Rozmowa z Tobą ma ten jeden plus, że człowiek czasami dowie się czegoś o czym nie miał wcześniej pojęcia. I tak sobie pomyślałem, że jak się kiedyś spotkam z Piaa to się jej pochwałę, że wiem jaka jest różnica między off, a off- off Broadway. Ona jest mądrą kobietą i na pewno to wie, ale zdziwi się, że ja też. Dlatego, jeśli oczywiście możesz, to zdradź tę tajemnicę. Tylko wiesz, w taki sposób żebym ja z tego cokolwiek zrozumiał...
Rodacy! Polacy! Czy już aby byliście w kinie na ,Pojedynku’? Wątpię - bo chyba tylko ja tu z ,marszu’ kino czy teatry zaliczam, o musicalach, to już nawet nie wspomnę … W moim odczuciu ‚Pojedynek’ to dobry film. Oczywiście nie tak hagiograficzny monument w kategorii ,Katynia’ Wajdy czy patetycznego ,Pianisty’ Polańskiego. Ale ma inne atuty : gwiazdę hollywoodzkiego formatu czyli Aidana Gillena ( znany z Gry o tron, Bohemian Rhapsody czy Peaky Blinders) - dwa: świetne ukazanie duszy Polaka … ,mają ten kurewski opór we krwi. Cokolwiek bym im nie oferował: sławę, władze, bogactwo, nie miało najmniejszego znaczenia’ … żali się samemu Berii (Tomasz Kot w tej roli ) ta sowiecka menda major Zarubin i po trzy: ten fajny sznyt kina wojennno - łotrzykowskiego. Oczywiście Gierszal - świetny! a poza nim i Mecwaldowski, Pawlicki, Kosciukiewicz i Linda, w tej jego klasycznej roli cynika. No i Julia Pietrucha - jedyna Polka zamordowana w Katyniu. Poruszyło mnie w tym filmie to, ze choć dobrze znamy tragiczny koniec katyńskiej historii to jednak tliła się we mnie nadzieja ze któryś z bohaterów przeżyje. Ze zobaczymy tu coś w stylu Tarantinowskich ,Bękartów wojny’. Szkoda, ze nie … bo zapowiadało się ciekawie z tym kopaniem tunelu, niczym nasz rodak Danny Velinski (Charles Bronson) w ‚Wielkiej ucieczce’ Johna Sturgesa - gdzie zmusił producentów, pod groźbą odrzucenia roli - właśnie do tego nazwiska, w hołdzie swojej matce, emigrantce z Polski. Ale jednak w Katyniu bękarty już przecież były. Te moskiewskie. Najgorsze z najgorszych. Nawet Tarantino by tu jednak nie poradził. Żałuje, że zupełnie nie znam się na filmach i wiem, ze marna ta moja recenzja - ale film jest naprawdę godny polecenia.
Jeszcze nie byłem, ale na święta czy z jakiejś innej okazji dostaliśmy voucher do kina i już żonie mówiłem, że w weekend się wybierzemy na ten film. Bo to jest taka tematyka, że nie mogę sobie tego odpuścić. Bardzo lubię programy o tamtych wydarzeniach. Pamiętam taki rodzaj teatru telewizji, gdzie w Stalina wcielił się Piotr Głowacki, a Berię zagrał ten charakterystyczny aktor, który w "Psach2" wyrywał chwasta, a w "Kilerze" zagrał Kudłatego. I my nie żyjemy w próżni. Mamy coś co cenimy, co jest dla nas ważne, mamy wokół siebie ludzi, których szanujemy, podziwiamy. Każdy z nas zapewne ma inne świętości i autorytety, ale każdy jakieś ma. Ci ludzie też mieli. I ich świat się zawalił. Właściwie z dnia na dzień. Państwo przestało istnieć, armia się rozpadła, a przywódcy, którym oni ufali zawiedli, albo uciekli do Rumunii. A oni stanęli w obliczu zła absolutnego, zła w najczystszej postaci. Co im pozostało? Ich oficerski honor? A pokusa była wielka. I oni, w zdecydowanej większości się jej oparli i nie dali się złamać. No to jak ja mógłbym filmu o takich ludziach nie obejrzeć?
No to obejrzałem sobie ten film i to nie był stracony wieczór. Początkowo, gdy zobaczyłem Gierszała, to on nie bardzo pasował mi do tej roli. Pewnie z powodu jego wcześniejszych kreacji, po prostu kojarzył mi się on z innym typem bohatera. A tu widziałbym choćby Woronowicza. Ale Gierszał szybko przekonuje do siebie. Podobnie z Pietruchą, kojarzącą się z taką modeleczką,blondyneczką od mało poważnych ról, a sprawdziła się jako pani pilot. Zastrzeżenia można mieć do Tomasza Kota. Oczywiście nie chodzi o jego grę aktorską, bo tu był pełen profesjonalizm, ale Beria to była mała pokraka o odpychającej aparycji i Kot mi tu zwyczajnie nie pasował. Może odpowiednio ucharakteryzowany Andrzej Chyra lub Cezary Żak? Za to major Zarubin świetny, tak sobie go wyobrażałem. To najbardziej złowroga postać. Tępi i ograniczeni funkcjonariusze sowieckiego aparatu bezpieczeństwa nie są tak groźni, bo oni mogą zadać jedynie ból fizyczny. Ale gdy pojawia się wykształcony, obyty w świecie, znający języki obce, posiadający dobre maniery i ujmującą powierzchowność major Zarubin pojawia się niebezpieczeństwo udanego psychicznego zmiękczenia jeńców. Tylko, że akurat trafiło na Polaków, na intelektualną elitę naszego narodu i tu nawet ponadprzeciętna inteligencja i ogłada majora na nic się zdały. Dlaczego? Po wyjściu z kina żona spytała ciekawe ilu dzisiaj by się nie sprzedało? Odpowiedziałem jej, że to zależy komu? Bo Niemcom, Amerykanom, Czechom czy Szwedom w sprzyjających okolicznościach pewnie większość by uległa. Ale jestem przekonany, że Rosjanom zdecydowana większość nie dałaby się kupić. Bo z tymi wszystkimi innymi nacjami my możemy się kłócić, spierać, wyrządzać sobie krzywdę, nienawidzić a czasami nawet się mordować, ale jesteśmy z tego samego szczepu, wywodzimy się z tego samego kręgu kulturowego i cywilizacyjnego, a Rosja to barbarzyńska dzicz, to Hunowie. Dlatego nas Polaków można zabić czy złamać fizycznie, ale nie da się sprawić żebyśmy dobrowolnie dali się uwieść prostackiej ideologii ze wschodu. Major Zarubin chyba to zrozumiał i to on wydał wyrok na tysiące polskich jeńców. Decyzję rzecz jasna podpisał lokator Kremla, ale wyrok wydał Zarubin stwierdzając, że sama konstrukcja psychiczna Polaków sprawia, że są oni całkowicie nieprzydatni dla sowieckiej władzy. I zaciekawiła mnie pewna sprawa. Otóż w finałowej scenie, gdy główny bohater widzi jak enkawudzista strzela w skroń polskiemu jeńcowi to wyrywa strażnikowi broń i zabija jego oraz kilku innych funkcjonariuszy, nawet udaje mu się opuścić budynek i dopiero, gdy staje nad wielkim dołem wypełnionym zwłokami polskich jeńców dopadają go sowieccy siepacze i zabijają. Nie mam pojęcia czy to filmowa fikcja czy też faktycznie coś takiego miało tam miejsce. W każdym razie film mi się podobał. Bo to jest trudny temat, tu łatwo popaść w taki przytłaczający patos czy martyrologię, a chodzi o to żeby widz od początku do końca z zainteresowaniem oglądał film. I mam wrażenie, że to się twórcom udało...
Gdy moi cudzoziemscy znajomi pytają mnie ( gdy już poznają moją historię i wyjazd z PRL do obozu w Traiskirchen a stamtąd z żółtą kopertą dalej w świat) co w Polakach jest szczególne to od razu im odpowiadam prostymi słowami: słabość do pierogiw i odporność na relatywizm moralny w aspekcie nihilistycznego transakcjonizmu. A w świetle tego filmu - na 5 tys żołnierzy w obozie jenieckim w Starobielsku udało się NKWD przeciągnąć jedynie 5 osób. Wśród nich , późniejszego dowódcę I-szej armii i generała Z. Berlinga
Z tego co kojarzę to w Kozielsku na 4600 jeńców znalazło się 20 zdrajców, a w Starobielsku 138 jeśli dobrze pamiętam. 20 z 4600 to nie jest nawet pół procenta. Taki był bolszewizm atrakcyjny dla polskiej przedwojennej elity. Z tym, że to byli ludzie ulepieni z innej gliny. Tradycje, wychowanie, wyznawane wartości, to wszystko sprawiało, że byli oni właściwie impregnowani na tę nieludzką ideologię...
Jest jeszcze inny historyczny film, który inteligentny młody Polak też powinien koniecznie zobaczyć. To ,Zima pod znakiem Wrony’. Dość mroczny thriller psychologiczny - ale w moim odczuciu przejmujący gdy nam opowiada o brytyjskiej profesor uwięzionej w Warszawie podczas stanu wojennego, dość wiernie odtwarzając dystopie Polski tego mega smutnego okresu naszej historii. Kasia Adamik ( reżyserka) opowiadała mi, że Ursynow gra tam osiedle w Żyrardowie, egzemplifikując homosovieticusa na tle tego metaforycznego, architektonicznego brutalizmu Jaruzelskiego ; ulice Warszawy i warsztat samochodowy odtworzono w Luksemburgu ale już pościg za Polonezem Henryka - w Chorzowie. Momentami film przypomina grę komputerową, chwilami dusi tym kafkowskim zapętleniem gonitwy absurdu i przypadku. W bonusie Tom Burke czyli filmowy Cormoran Strike. Tobie ABSOLUTNIE NIE polecam bo raz : że Kasia Adamik to córka Agnieszki Holland … na a ta przecież nakręciła ,Zieloną granice’ ! No hello! I dwa - scenariusz oparto na opowiadaniu naszej noblistki Olgi Tokarczuk a przecież tacy jak Ty musicie to wciąż oprotestowywać … oczywiscie nie czytając ani nie oglądając ani jednego ani drugiego. Broń Boże nie idź do kina! . Wystarczy, że Piaa już była a jej Mama opowiadanie już dawno temu przeczytała …
Początek opisu brzmi zachęcająco, ale końcówka faktycznie odstręcza od obejrzenia, bo nie dosyć, że młoda Hollandowa to jeszcze pani noblistka. I tacy jak ja to są po prostu normalni ludzie, którzy nie chcą oglądać propagandowych gniotów robiących z polskich żołnierzy potworów czy czytać pani noblistki, która głosi brednie o polskiej kolonizacji Ukrainy czy o ubogaceniu kulturowym Szwecji przez ściągnięcie tam setek tysięcy kolorowych imigrantów. I taka ignorantka dostała Nobla!
Uff! Ulżyło mi - jak napisałam - a Piaa pewnie ci powtórzy - to film dla inteligentnych Polaków.
Jak tam scenariusz pisała Tokarczukowa to ja dziękuję za taką inteligencję. Bo ona ma ego wyjebane na orbitę mając wybujałe wyobrażenie własnego intelektu, stawiając się na piedestale literatury i uważając, że te jej grafomanskie wypociny wymagają jakichś specjalnych kwalifikacji do czytania i zrozumienia jej. Przecież ona widzi świat prosto czy wręcz prostacko, bo dla niej wszystko co przeszłe jest złe. Patriarchat, biały czlowiek, kolonializm, konserwatyzm. I do tego to wszystko niemal zrównane z faszyzmem. Jeśli ona dostała Nobla to nie świadczy o jej wielkości, a jedynie o tym, że literacki Nobel znaczy tyle co zwycięstwo w konkursie Eurowizji. Herbert, Tyrmand, Lem, nie oni nie zasłużyli na Nobla i tylko Tokarczukowa jest godna tej nagrody. Parodia. A co jest warta jej twórczość świetnie spuentowal właśnie Lem w rozmowie z Beresiem: Tokarczuk do tego stopnia obraziła mój rozum, że chciałem napisać polemikę, ale uznałem, że gra jest niewarta świeczki, bo musiałbym jej książkę doczytać do końca ". Mistrzu Lemie, nie tylko pański rozum, ale mój też ta pani noblistka obraziła!
Chłopaku … lepiej skończ już ten krindż. Nic Tokarczuk nie przeczytałeś a dyskutujesz jak najęty. Ksiąg Jakubowych tym swoim rozumkiem nigdy byś nawet nie ogarnął - bo już sama numeracja stron pewnie by cie powaliła. Nie idź tą ,fotowoltaiczną droga Czarnka’ i bardziej się w tej swojej intelektualnej sromocie już i tu nie pogrążaj. Scenariusz napisały Sandra Buchta, Kasia Adamik i Lucinda Coxon - fakt, ze na bazie opowiadania ,Profesor Andrews w Warszawie’. Dokonały tu ciekawego ,rewersu osobowości podmiotu lirycznego’ … i tak nie zrozumiesz … i jeszcze ciekawszego rozwinięcia tego ośmio - stronicowego opowiadania w pełnometrażowy film. Są rzeczy które cie chłopaku przerastają. Idź więc dalej walić gruchę pod zdjęcia lasek w pończochach i tych nylonach - zanim Piaa te twoje rojenia przeczyta.
Ale próbowałem przeczytać! Nie pamiętam już tytułu, bo to dawno było, ale coś pani noblistki zacząłem czytać. I to była dla mnie męka. Gdybym nie miał niczego innego pod ręką pewnie bym to skończył, ale na szczęście na półce miałem inne nieprzeczytane książki, więc wypociny pani noblistki mogłem cisnąć w kąt. Ale jestem w doborowym towarzystwie, bo sam mistrz Lem jak widać miał podobnie. Poza tym znam niektóre wypowiedzi pani noblistki i to się włos na głowie jeży jakie ona brednie głosi. No kurwa, ona dostała Nobla i to powinno jednak zobowiązywać do trzymania pewnego poziomu. A ta bredzi o polskiej kolonizacji Ukrainy. Przecież to trzeba kompletnie nie znać historii własnego kraju żeby takie bzdury wygłaszać. Albo jak to kolorowi imigranci ubogacają Szwecję. Niech ona sobie lepiej poczyta Pilipiuka. On w młodości z ojcem przejechał niemal całą Szwecję. I wrócił tam ostatnio po jakichś 30 latach. I jego "Raport z Północy" można streścić jednym zdaniem: Tamtej Szwecji już nie ma, a nie ma jej właśnie z powodu migrantów. I co Ty Kobieto masz z tą Piaa? Ona czyta różne książki i ogląda różne filmy, wczoraj też oglądała i ja nie śmiałbym jej z tego powodu czynić jakichś wyrzutów. To ona mi chyba też nie urządzi karczemnej awantury tylko dlatego, że nie wielbię twórczości Tokarczukowej i Hollandowej. Zna mnie i chyba wie jaki jestem. Ona na szczęście nie jest jak ten profesor, nie pamiętam już jego ksywki, który u Gombrowicza na siłę wciskał Gałkiewiczowi, że Slowacki wielkim poetą był i wieszczem też był i na pewno zjebki bym od niej nie dostał tylko dlatego, że uważam, że Słowacki może i wielki był, ale Tokarczukowa o wielkość to nawet się nie otarła, a wręcz przeciwnie...
Dziwię się Piaa , zawsze się dziwiłam, że nawet na takim kurwidolku można się aż tak socialmediowo i towarzysko upodlić … często jej to powtarzałam ale to przecież jej wybór. Chłopaku, mierz jednak siły na zamiary - literatura wymaga i potencjału intelektualnego i wrażliwości. Zatrzymałeś się na poziomie ,Złego’ Tyrmanda i ,Limes interior’ na nich jak widać pozostałes . Przy tym cytacie z Lema to zapomniałeś dodać, że tym cytatem skomentował jedynie esej Tokarczuk pt. Lalka i perła – poświęcony interpretacji Lalki Bolesława Prusa - a nie jej cala twórczość. A tworczosc tego czy innego pisarza zawsze podlega krytyce i kontestacji . Ot, weźmy dla przykładu Philipa K. Dicka, legendę amerykańskiej literatury science fiction. W jego przekonaniu polski kolega po piórze Stanisław Lem nigdy nie istniał, no chyba że tylko jako figurant, delegowany na odcinek komunistycznej propagandy.
Też się Piaa dziwię, ale wydaje mi się, co może być Mira dla Ciebie szokiem, że ona po prostu lubi ludzi. Także tych, którzy w wielu aspektach się od niej różnią. Dasz wiarę Mira? Naprawdę są tacy, którzy lubią ludzi. I ja mam to wielkie szczęście, że ona mnie też chyba trochę lubi. A co do Dicka to chyba się mylisz. Bo to, że on nie wierzył w istnienia Lema nie oznaczało, że on deprecjonował jego twórczość. Wręcz przeciwnie, miał o niej tak dobre zdanie, że uważał, że jeden człowiek nie mógł napisać tylu dobrych rzeczy i Lem to zbiorowy pseudonim kilku autorów. Coś jak w Klosie, gdy okazało się, że mityczny Wolf to w istocie czterech oficerowie, których nazwiska zaczynały się na litery "W", "O", "L" i "F". Przynajmniej jak gdzieś trafiłem na takie wytłumaczenie tej niewiary Dicka w istnienie Lema...
Heh, a z tym zatrzymaniem się na "Limes inferior" to nawet trafiłaś. Bo jakiś czas temu poprzez Allegro i OLX skompletowałem sobie prawie całą twórczość Zajdla. Nie mam jedynie jego "Cylindra van Troffa". I żona jak to zobaczyła to uśmiechając się powiedziała mi, że cofam się w rozwoju. A ja jej na to, że nie, że raczej wracam do korzeni. I faktycznie jak się dzisiaj czyta Zajdla to to może i trochę trąci myszką, ale uwielbiam jego twórczość. I widać różnicę między nim, a Lemem. Lem bawił się slowem. Te jego neologizmy, wymyślanie nowych słów, rozbudowane opisy, no bawił się słowem. A u Zajdla widać taką precyzję wyrażania myśli, bez zbędnych ozdobników, to jest piękna polszczyzna, ale taka oszczędna w formie. I odpowiada mi styl obydwu. Pewnie dlatego, że oprócz formy jest u nich również treść...
I powiem Ci Mira, że zaskoczyłaś mnie. Ja to myślałem, że Ty to mi możesz podnieść ciśnienie czy mnie wkurwić, ale nie spodziewałem się, że zdołasz mnie również rozbawić. A udało Ci się z Piaa. I jak ją spotkam na Pyrkonie czy przy innej okazji to też jej przemówie do rozumu. Bo z kim ona utrzymuje towarzyskie kontakty? No z każdym, ale nie ze Sneerem! Bo on nie wielbi Tokarczukowej, głosuje na PiS, uznaje tylko dwie płci, ceni Dmowskiego i jest za rozdziałem państwa i tęczy. A fe, faszysta jeden! I żeby on chociaż był normalny w sferze seksualnej. Ale gdzie tam, jego nie interesują te wszystkie cuckoldy, gank- banki i inne anale i chociaż on w młodości naobracał się trochę tych dziewczyn, to już od dawna bzyka tylko żonę i jeszcze ma słabość do pończoch i rajstop. A to zboczeniec! Epstein przy nim to był aniołkiem. Ja jej powiem, że Mira to jest zniesmaczona tą znajomością i w ogóle utrzymywanie jakichkolwiek kontaktów ze Sneerem to upadła kobietę. Tak jej powiem, niech ona wie co kurwidolkowa śmietanka towarzyska myśli o jej kontaktach. I doceń to, że ja Tobie odpisuję o 3 w nocy, bo o tej porze jeszcze chyba nikomu nie odpisywałem. Ale zbulwersowało mnie to upadlające zachowanie Piaa i odpisałem. Zaczynam dzisiaj nocki i zamiast w pracy spać to ja Tobie odpisuje. No ale zaniepokojony jestem tą beztroską i nieodpowiedzialnością Piaa. Ja jej swoje powiem, ale nie wiem czy to coś da, więc Ty również z nią pogadaj. Bo nie wiem dlaczego, ale ona Ciebie bardzo ceni. Nieraz musiałem wysłuchiwać ochów i achów pod Twoim adresem, że jaka to ta Mira nie jest. Dlatego pogadaj z nią, mnie może nie wysłuchać, ale Twoje słowa na pewno sobie weźmie do serca. I to by było na tyle. Nara!
I zrób porządek z tą Justynką. Bo za 20 czy 30 lat być może skorzystam z jej usług, ale póki co to nie zanierzam za to płacić, nawet 30 złotych...
Jak po Oscarach? Aczkolwiek wątpię by tacy prawdziwi apologeci PiS jak Wy aby ośmielili się teraz przełączyć swój umysł, z opcji obrońcy finansów ojczyzny, na coś aż tak trywialnego jak film np. ,Jedna bitwa po drugiej’. Sneer to przecież chodzi do kina jak żona, w tej przychodni, dostanie voucher na bezpłatny seans, albo jak mu Piaa coś wyraźnie poleci. A to film dość unikalny, bo skonstruowany jak nakręcana zabawka. Zanim akcja ruszy na dobre, mamy pierwsze 40 minut budowania narracyjnego fundamentu, przedstawiania bohaterów, rozdział rol i ustawianie pionków, a to wszystko delikatnie podlane freudowskim dramatem plątaniny popędów, desperacko oscylującym miedzy pozami uległości a dominacji. No a potem zabawa rusza na całego. Kinoman odnajdzie tu muzyczne paralele do ,Dunkierki’ Nolana, koneser podobieństwa pościgu z ,Grindhouse: Death Proof’ Tarantino. Piaa pewnie rozpozna jeszcze komediowy sznyt Coena i ,szlafrok Lebowskiego’ … no i Senseia, odsłaniającego warstwy zakonspirowanej rzeczywistości, czyli wciąż uśmiechającego się Benicia del Torro, w roli osobistego Morfeusza, lekko jakby parodiując Neo w subtelnie przetrąconej wersji ,Matriksa’… a jeszcze ‚Grzesznicy’. Też bardzo ciekawe kino. Mega metaforyczne. Coś jakby taki koktajl muzyczno-slasherowy w klimacie ,Od zmierzchu do świtu’ - przez serial ,Ranczo’ - do ,Kultu’ Robina Hardy’ego z 1973 roku aby w końcówce znów liznąć Tarantino ( vide: Django w mixie z Pewnego razu … w Hollywood) w otoczce Allenowskiego ,Słodkiego drania’. Uwaga przy ,Grzesznikach’ - bo dwie kluczowe sceny rozgrywają się tam po napisach końcowych! Ale tu lojalnie jednak ostrzegam - producentem tych Oscarowych filmów jest niestety Warner Bros. Discovery czyli właściciel TVN … uważajcie przy oglądaniu abyście jednak apopleksji nie dostali, albo innej wysypki.
Mirko, czy Ty aby na pewno chciałaś o oscarach i filmie pogadać? Piszesz do nas PiSdzielców, że wątpisz w to byśmy oglądali jakiś tam film, czy też galę oscarową, a pytasz nasz - jak po Oscarach? A może Ty po prostu w tym tekście ukryłaś informację dla Sneera - uważaj Sneer, bo wiem o tobie wszystko. Kilka dni temu napisałaś o jego Ojcu kolejarzu, dzisiaj o żonie pracującej w przychodni. Jutro pewnie o synu, w jakiej szkole się uczy... Mirko, o ile chciałabyś wiedzieć coś o mnie, to pisz bezpośrednio do mnie. Nie trudź się zdobywaniem informacji o mnie, niczym dziennikarze śledczy TVN, którzy to zbierali haki na Prezydenta Karola Nawrockiego. Ja Tobie po prostu napiszę jak czegoś nie wiesz, a chciałabyś wiedzieć.
Coś lipne masz Mira to źródło informacji. Bo voucher dostaliśmy od kogoś z rodziny na święta, a z jakąś przychodnią żona nie ma nic wspólnego, ona jest kierownikiem w pewnej instytucji sfery budżetowej. Chociaż nie, coś jednak ma wspólnego z przychodnią, bo ostatnio do jednej chciała mnie wysłać. Żona uważa, że jesteśmy w takim wieku, że powinniśmy zadbać o zdrowie i zapisała mnie do pewnej przychodni na jakieś kontrolne badania. A ja z kolei uważam, że do lekarza to się idzie jak coś boli, coś dolega, a nie z nudów lub dlatego, że dawno nie byłem. Ale dla żony bym się przemógł i bym poszedł. Tylko zobaczyłem jakie tam m.in. będą badania i powiedziałem: Co? To ja Tobie nie pozwalam się tam dotykać, a jakiś facet, co prawda lekarz, ale jednak facet ma mi w dupie grzebać? To byłoby naruszenie mojej godności i wykluczone, mowy nie ma! Bo ona nie chciałaby zostać wdową. Spokojnie, to Ci nie grozi i jeszcze trochę się ze sobą pomęczymy. Termin minął, badań nie zrobiłem, jeszcze żyję i nawet mam się dobrze. I tyle nas łączy z przychodnią. A oscarowa gala? Kompletnie mnie takie wydarzenie nie interesuje. Ja mogę sprawdzić po fakcie kto tam dostał jaką nagrodę, ale sama gala to dla mnie targowisko próżności. Bo ta wystąpiła w takiej kiecce, a ta w takiej fryzurze, tamta była bez majtek, a jeszcze inna pokazała się z cyckami na wierzchu. Takie coś ma mnie interesować? No proszę Cie Mira. Zresztą podobnie mam z jakimiś ceremoniami otwarcia czy zamknięcia igrzysk olimpijskich czy Mundialu. Mnie interesuje sama rywalizacja sportowa, a nie jakieś zamknięcia czy otwarcia. I podobnie z Oscarami...
Zanim odbyła się ta gala z Oscarami, to oglądałam polską galę wręczenia Orłów. Ponoć jedni uważają ją za coś podobnego, jak ta amerykańska. Oglądałam i nie wierzyłam swoim oczom. Sama nie wiem jak dotrwałam do końca tego żenującego spektaklu. Najbardziej jednak żenującym, przekraczającym wszystkie granice, był prowadzący. Andrzej Konopka. Występował jakby w dwóch wersjach, więc co rusz się przebierał. Jego niby żarty, wywoływały śmiech na sali, w liczbie kilku osób, a i ci robili to raczej z grzeczności, niż z dobrego humoru. Gwoździem do medialnej trumny, było jednak zestawienie Zanussiego i Grzegorza Brauna na równi jako tych co to najbardziej namieszali w umysłach Polaków. No mina Zanussiego była bezcenna! Co do samych filmów. Było ich chyba z 5 czy 6 i wszystkie zgarniały nagrody wzajemnie. Jak jeden z reżyserię, to drugi za scenariusz i tak we wszystkich kategoriach. Wystarczy więc nakręcić ze 3 filmy i "Orzeł" zapewniony. Podsumowując...klapa totalna, niczym wybór tych baranów, siedzących w rządzie...tfu rzędzie na widowni...
Kolego Sneer … w twoim wieku to kolonoskopia jest wręcz obowiązkowa … zdecydowanie słuchałabym żony - bo rak jelita grubego to druga najczęstsza przyczyna zgonów w Europie a w Polsce ,kosiarz’ który statystycznie rzecz ujmując - każdego dnia kosi ok. 30 Polaków. Drugie w kolejności ustaw sobie badanie prostaty, zanim tylko zaczniesz biegać przytulać pisuar co pół godziny.
Irko - absolutna racja co do Andrzeja Konopki w tej jego nieszczęsnej tam konferansjerce. Dobrze, ze Leszek Lichota trochę go tam naprostował.
W moim wieku to już można zejść na wszystko. I co, mam biegać od lekarza do lekarza? A pierdole to, wolę po prostu żyć, cieszyć się życiem. A jeśli się mylę? No to trudno, wolę odejść z godnością niż walczyć o każdy dzień poddając się upokarzającym dla mnie badaniom. Takie mam do tego podejście. A wiecie, gdzie ostatnio zetknąłem się z Leszkiem Lichota? Przy zwiedzaniu Zamku Książ. Dostaliśmy zestaw słuchawkowy i tam usłyszałem głos właśnie Leszka, który opowiadał o losach księżnej Daisy. Pomyślałem sobie, że licho muszą być wynagradzani ci aktorzy, że muszą się podejmować takich chałtur. Ale lubię aktorstwo Lichoty, a i tembr głosu ma całkiem przyjemny...
Leszek ustawia sobie życie na nowo, z młodszą partnerką … to i kasy potrzebuje. Namawiam do odwiedzin Forrest Glamp , klimatycznego glampingu który dalej prowadzi ze swoją poprzednią małżonką. To urokliwe miejsce, niedaleko Jaślisk, na pograniczu Beskidu Niskiego i Bieszczad … tak, to właśnie to urokliwe miasteczko gdzie kręcono ,Wino Truskawkowe’. Polecam zainteresować się tym miejscem - jeśli lubicie niestandardowy wypoczynek i piękno Polski.
Księżna Daisy … my hanysy tyle jej zawdzięczamy … polecam odwiedzić Zameczek w Promnicach, niedaleko Tychów. Jej ulubione miejsce, oddalone od pałacowego zgiełku i przepychu. Neogotycka perełka o konstrukcji fachwerkowej i muru pruskiego, z bajkową ośmioboczną wieżyczką w północno-zachodnim narożniku. Pięcioosiowa elewacja frontowa z wydatnym, umieszczonym w części środkowej wykuszem z dwoma wieżyczkami w przeciwstawnych narożnikach nadaje lekkości tej budowli. Zasadnicza część budynku nakryta jest dachem dwuspadowym z facjatą oraz lukarnami doświetlającymi wnętrza. Wewnątrz na uwagę zasługuje reprezentacyjny westybul, piękne wnętrza ogromny kominek oraz zlokalizowana w hallu kręcona klatka schodowa. W wystroju dominują oryginalne intarsjowane boazerie i parkiety, herby, witraże oraz poroża akcentujące myśliwski charakter obiektu. Te poroża są unikalne w skali światowej … bo niesymetryczne …bo pochodzą głównie od chorych zwierząt. Nakręcono tam kilka filmow, m.in. Magnata Filipa Bajona, Hi Way Jacka Borusinskiego z kabaretu Mumio, Sól ziemi czarnej Kutza … jego siostra mieszkała w Tychach i to ona pokazała mu to miejsce … No i to właśnie księżnej Daisy zawdzięczamy ten mega ekscytujący erotyczno- ekstatyczny wynalazek … czyli słynny ,krąg Daisy’.
Tak, te Promnice warto zobaczyć z tym, że obecnie zwiedzanie chyba nie jest możliwe z powodu prac renowacyjnych. Tylko razi mnie ta nazwa. Bo ten budynek określa się mianem zamku czy zameczku w Promnicach. Zamek to budowla, która pierwotnie miała charakter obronny, warowny. Był położony w strategicznym miejscu, miał mury, baszty, inne fortyfikacje, czasami fosę. A zameczek to po prostu mały zamek. Natomiast mniej lub bardziej luksusowa rezydencja to pałac czy pałacyk jeśli jest mniejszej kubatury. I to co się znajduje w Promnicach jest dla mnie pałacykiem myśliwskim, a nie żadnym zamkiem czy nawet zameczkiem. Ale zobaczyć oczywiście warto...
No to w weekend znowu do kina! Będąc na "Pojedynku" widziałem zapowiedź "Projektu Hail Mary" i od razu powiedziałem żonie, że to koniecznie trzeba obejrzeć. Ale sądziłem, że film pojawi się w kinach za pół roku czy kilka miesięcy, a sprawdzam w necie i to będzie już teraz. Książka jest bardzo dobra, to porządna dawka science- fiction w klasycznym wydaniu czyli podróż międzygwiezdna i spotkanie z inną formą życia. Jej autor, Andy Weir, razem z Chińczykiem Cixin Liu to dla mnie takie dwie wschodzące gwiazdy światowej fantastyki. I Weir to może jeszcze nie jest poziom Lema czy Dicka, ale jego książki są naprawdę dobre. I podczas lektury staram się wychwycić jakieś nieścisłości czy błędy naukowe i u Weira jest tego niewiele. W jego "Marsjaninie" to była ta burza piaskowa na samym początku, ale ona była potrzebna autorowi do tej całej późniejszej dramaturgii, a potem to już właściwie nie znalazłem niczego do czego mógłbym się przyczepić. W "Projekcie Hail Mary" pamiętam, że na kilka detali również zwróciłem uwagę, ale nie potrafię sobie już przypomnieć o co dokładnie chodziło. I w "Marsjaninie" zagrał, zresztą świetnie, Matt Damon i jego również wyobrażałem sobie jako głównego bohatera "Projektu...". Tymczasem okazuje się, że Rylanda zagra Ryan Gosling i to może być jeszcze lepszy wybór od Damona. Bo Armstronga zagrał bardzo dobrze, poza tym lubię tego aktora. I to nawet nie za "Blade Runnera", albo nie tylko za tę rolę. Bo kojarzę go choćby z "Pamiętnika" i szczególnie ze "Słabego punktu", gdzie zagrał z samym Anthonym Hopkinsem i wcale nie dał się przyćmić temu geniuszowi kina. W każdym razie w weekend koniecznie muszę odwiedzić przybytek dziesiątej muzy, bo jak te 3 lata temu czytałem "Projekt Hail Mary" to rozmarzyłem się wtedy, że dobrze byłoby to kiedyś zobaczyć na dużym ekranie. No to się doczekałem...
Mirko...a gdzie można obejrzeć ten film - Jedna bitwa pod drugiej? Tylko w kinie, czy tez na jakiejś platformie?
obecnie to już chyba bardziej na wybranych platformach bo kinowa premiera była końcem września … ale patrząc na ten Oscarowy sukces filmu to pewnie już wkrótce zagości i w Netflixie i innych
Irko, wiesz … nigdy nie ukrywam, że zupełnie nie znam się na filmach i nie potrafię o nich pisać, ale zdradzę Ci, że zobaczysz w tym filmie mega dziwną Amerykę, pełną bocznych ścieżek, podziemnych tuneli i tajnych placówek, które zaludniają kolejni spiskowcy, rewolucjoniści i kontrrewolucjoniści. Złowrodzy patriarchowie i bogacze, w swoich bunkrach jedzą bananowe naleśniki, salutują Świętemu Mikołajowi i knują, jak tu zachować rasową czystość, używając do tego sprawdzonego cyklonu B. A jeszcze w ustronnym klasztorze zakonnice hodują marihuanę … No dasz wiarę? … i ćwiczą strzelanie z karabinów maszynowych i planują insurekcję. Imigranci zza meksykańskiej granicy żyją niby w tej samej, a jakby w równoległej rzeczywistości: obecni, ale niewidzialni. Zobaczysz kunszt aktorski Leo … to jego dukanie tajnego hasła do słuchawek kolejnych telefonów, czy bieganie w tych policyjnych kipiszach - niczym animek w stylizacji poturbowanego przez Grizli w ,Zjawie’ i szlafroku Lebowskiego - no qrna - Hollywoodzko epicki sztos! Zobaczysz, że Sean Penn to aktorski majstersztyk. Z tym militarnym kijem w tyłku, ze skwaszoną miną i głupawą fryzurą, na pierwszy rzut oka wyglądał jak chodząca karykatura ale w rzeczywistości - aktor odgrywający tu szekspirowski dramat superego z chorymi emocjami, i w rezultacie zmiażdżony przez dzikie frustracje, tyleż śmieszne, co straszne. Ten jego nieujarzmiony pociag do szczególnej Kobiety, w której ten nasz pułkownik widzi rasowego i politycznego wroga, rozsadza go przecież od środka. Coś jak u tych dziwnych facetów zalogowanych na tym kurwidolku - koniec końców - smutnych. Ok! nie będzie nic pończochach … dasz wiarę, że w filmie na randkę przychodzi z kwiatami, ale na wszelki wypadek – gdyby dziewczyna nie chciała otworzyć drzwi – ma pod ręką policyjny taran … ciekawe czy któryś z tych zbiornikowych adonisow skopiuje i taki randkowy patent? Kulminacyjna scena pościgu na pustynnej drodze ( odcinek kalifornijskiej SR 78 ) wręcz wbija w fotel! - a droga wije się tam raz w górę, raz w dół, jest po prostu świetna. Tak, to prawdziwy odcinek autostrady, przeplatany kilkoma innymi pobliskimi miejscami, od Borrego Springs, Ocotillo Wells do Blythe w południowej Kalifornii. Według mnie Anderson dał widzom niezłą zabawę, wykorzystując te zupełnie niezabawne tematy jako kanwę unikalnego dialogu międzypokoleniowego, między ojcem a córka, miedzy zięciem a teściową … no i miedzy matką a córką. Choć te ostatnie nigdy nie zamieniły słowa . I w moim odczucie właśnie ten dialog był w tym filmie najbardziej poruszający … polecam zobaczyć, choć jak ostrzegałam : to jednak Warner Bros., czyli pośrednio TVN a w ślad za nimi i Krasko i Stokrotka i ten cały entourage Tuska z tym całym qui pro quo Unii Europejskiej i par excellence niemieckim Drang nich Osten w celu zrobienia z Polski kondominium zarządzanego przez lewaków, gejów i Giertycha. Żeby nie było, ze zataiłam …
Mirko, fajnie, że mi streściłaś ten film. Przyznam jednak szczerze, że trochę jestem zakłopotana. Po prostu nie potrafię już wyłapać, kiedy streszczasz mi jakiś film, czy też książkę, a kiedy sarkastycznie wplatasz w swoją opowieść wątek polityczno - zbiornikowy. Jestem daleka od tego, by Ci zwracać uwagę, lub przypominać, że to dział o Teatrze, wydarzeniach kulturalnych, ale tak jestem nastawiona na odbiór różnego rodzaju wypowiedzi tutaj. Co do filmu, to już dawno o nim słyszałam, i szukałam na platformach, ale nie znalazłam, stąd było moje pytanie wcześniejsze. Film pewnie super, więc wręcz muszę go obejrzeć. Tylko gdzie?
Irko … uważam, że nie masz racji co do ,streszczenia’ Ci filmu - ale ten niuans ocenisz pewnie dopiero gdy zobaczysz rzeczony film. Ale faktycznie masz racje co do tych dygresji i moich myślowych ,ekskursów’. Ciekawe co powiedziałabyś ,słuchając’ moich spotkań autorskich? … gdzie dopiero potrafię odpłynąć i sama wręcz prowokuję takie zabawy, w ten tzw. dramat otwarty… gdy końcowa interpretacja ma powstać w umyśle czytelnika czy słuchacza. Tu moimi niekwestionowanymi wzorami są - oczywiście Umberto Eco oraz Grażyna Plebanek i Sylwia Chutnik. Fakt, masz rację - czas abym już z tym skończyła. Co też niniejszym czynię.
Mirko, pytasz co bym powiedziała słuchając Twoich spotkań autorskich? Zaproś mnie na takie spotkanie, a się dowiesz co bym powiedziała. No i nigdzie nie napisałam, byś skończyła! Mam nadzieję więc, że tylko mnie źle zrozumiałaś!
No to obejrzałem sobie ten film i choć mam kilka krytycznych uwag oraz czuję pewien niedosyt, to generalnie wrażenia mam pozytywne i film mi się podobał. Samotny bohater ma uratować świat. Problem w tym, że on sam o tym nie wie. Autor zdzielił go w łeb amnezją i po wybudzeniu ze śpiączki on niczego nie pamięta. Ani jak się nazywa, ani czym się zajmuje, ani gdzie jest i jakie ma zadanie do wykonania. Po przeprowadzeniu prostego doświadczenia on ze zdumieniem stwierdza, że nie znajduje się na Ziemi. I tu pierwszy zgrzyt podczas seansu, bo tej sceny w filmie nie ma. Zresztą reżyser czy scenarzysta wycięli z oryginału dużo więcej i to mój największy zarzut wobec twórców filmu. Dobre science- fiction powinno zawierać oba te elementy i w książce ku mojej uciesze "science" było bardzo dużo i ja z ciekawością czytałem te opisy techniczne, fizyczne, biologiczne czy chemiczne. Spotkałem się z zarzutem, że było tego za dużo, ale jeśli ktoś tak uważa to powinien przerzucić się na harlekiny, literaturę kobiecą lub twórczość Coelho, bo najwyraźniej fantastyka jest nie dla niego. W filmie te rozważania naukowo- techniczne niestety wycięto, ale najwyraźniej twórcy uznali, że jeśli film ma być kinowym hitem i trafić do szerokiego grona odbiorców, a nie jedynie do wąskiej grupy fanów science- fiction to nie ma co męczyć widza takimi kwestiami. Ale po co w ogóle potrzeba ratowania świata? Otóż w przestrzeni kosmicznej pojawiły się mikroorganizmy, które pożerają energię słoneczną żywiąc się nią. To podstępny wróg, którego nie da się zastraszyć, przekupić czy z nim negocjować. Pokonać może go tylko ludzka pomysłowość i nauka. Ale pojawia się światełko w tunelu. A właściwie światło. Światło jednej z pobliskich gwiazd, Tau Ceti. I tu zdradzę Wam pewien sekret. Kiedyś będąc młodym człowiekiem napisałem sobie takie opowiadania, którego osią była właśnie wyprawa kosmiczna do układu Tau Ceti. Ten pożółkły już ze starości zeszyt trafił gdzieś na dno szuflady z innymi szpargałami, bo szybko doszedłem do wniosku, że ludzie dzielą się na dwie kategorie. Na nieliczną grupę tych, którzy piszą książki science- fiction i całą resztę tych, którzy powinni ograniczyć się wyłącznie do czytania takiej literatury. I ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy. Ale sentyment do Tau Ceti mi pozostał. I te poszukiwania ekosfery są obarczone taką niepewnością, że jest to właściwie wróżenie z fusów, więc jeśli słyszycie, że gdzieś tam wykryto planetę, na której mogą istnieć warunki zbliżone do ziemskich lub przeciwnie i taką ewentualność wykluczono to wiedzcie, że jest to oparte na tak wątłych podstawach, że jest to właśnie wróżeniem z fusów. Tau Ceti ma widmo podobne do naszego Słońca, świeci światłem o podobnym spektrum i całkiem możliwe, że posiada układ planetarny, więc wcale nie jest wykluczone, że jeśli kiedyś, za tysiące czy miliony lat, przyjdzie ludziom opuścić naszą piękną planetę, to naszym nowym domem będzie właśnie układ Tau Ceti. Ale koniec dygresji i wracamy do filmu...
Zainfekowane zostało nie tylko nasze Słońce, ale również wszystkie okoliczne gwiazdy. Z jednym wyjątkiem, bo właśnie Tau Ceti okazuje się odporne na działanie mikroorganizmów. Dlatego trzeba się tam udać i zbadać co sprawia, że Tau Ceti jest bezpieczna i odporna na działanie mikroorganizmów zwanych astrofagami. W książce jest dość dokładnie opisane jak pozyskać odpowiednią ilość astrofagów i jak wykorzystać je do napędu statku. W filmie ta kwestia nie jest wcale lub prawie wcale poruszona. W każdym razie bohater dociera do celu wyprawy i wtedy okazuje się, że nie jest tam sam. Pojawia się Rocky i właściwie kradnie całe show. Można się czepiać tego sposobu ich porozumiewania, razić może pewna infantylność ich rozmów, przeszkadzać może antropomorfizm, bo choć Rocky bardzo różni się fizycznie czy fizjologicznie, to w sferze psychicznej jest bardzo ludzki. Ale te wszystkie zastrzeżenia schodzą na dalszy plan, bo jest coś urzekającego i wzruszającego w ich relacji. Dzieli ich niemal wszystko, a jednak łączy ich tak wiele. To nie tylko opowieść o ratowaniu świata, ale również o zaufaniu, współpracy, przekraczaniu barier. A potem następuje kolejny zgrzyt. Bo bohater staje przed dylematem i to takim, który może przyprawić o szaleństwo czy obłęd. Albo wróci do domu, na Ziemię, skazując tym samym na śmierć swojego przyjaciela i prawdopodobnie cały jego świat, albo ruszy mu na ratunek skazując siebie na dożywotnią banicję, wygnanie i perspektywę, że już nigdy nie wróci na Ziemię, nie zobaczy ludzi. Jakąś decyzję musi podjąć, ale każda niesie z sobą ogrom negatywnych konsekwencji. I bohater nie ma żadnych rozterek, wahań, wątpliwości, działa jak robot, jak automat i po prostu podejmuje decyzję...
Zakończenie też może nieco nazbyt cukierkowe, ale skoro tak kończy się również książka, bo Andy Weir lubi takie ckliwe zakończenia, to i twórcy filmu również tak go zakończyli. Ja widząc końcową scenę pomyślałem o tym powiedzeniu, że musiało się zmienić tak wiele żeby nic się nie zmieniło. Bo bohater będący nauczycielem w liceum odbywa podróż kosmiczną, dociera do innego układu gwiezdnego, ratuje Ziemię, poznaje inną istotę inteligentną, by na końcu znowu zostać nauczycielem, tyle tylko, że tym razem jego uczniami nie są dzieci na Ziemi, a młodzi mieszkańcy odległej planety. Ryan Gosling był świetny, klasa sama w sobie, ale to nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem. Ja zwróciłem również uwagę na Sandrę Huller. Ta pani ma, że tak to ujmę, typowo niemiecką urodę i zagrała postać, której nie sposób polubić. Bo ona dostała ogromną władzę i tylko jedno zadanie do zrealizowania, więc musiała odłożyć na bok sentymenty, moralność i inne uczucia i po prostu zrobić wszystko żeby uratować świat. Taka rola zimnej, nieczułej suki. A jednak odniosłem wrażenie, że Sandra Huller swoją grą nieco ociepliła tę postać. Ścieżka dżwiękowa całkiem przyjemna, taka budująca napięcie, a zarazem nie przytłaczająca. Warto zapamiętać nazwisko jej twórcy, Daniela Pembertona. Zdjęcia i kadry momentami wręcz świetne i oddające kontrast między klaustrofobicznym wnętrzem statku, a bezkresnym kosmosem to dzieło Greiga Frasera, który już wcześniej za "Diunę" zgarnął Oskara. To wszystko sprawia, że film jest naprawdę dobry. Może to nie jest arcydzieło na miarę "Odysei.." Kubricka, "Interstellaru" Nolana czy "Kontaktu" Zemeckisa, ale to kawał dobrego, porządnego kina s-f. Polecam!
Sneer...Ty chyba mógłbyś książki pisać.:)
Ja z kolei w końcu znalazłam film "Jedna bitwa po drugiej". Okazało się, że nie dość, że był wyświetlany wczoraj na kanale HBO 3 w canal +, to ja oglądałam go na platformie HBO MAX. Nie wiem jaką wersję wyświetlano na HBO 3, ale ta wersja, która jest dostępna na HBO MAX, dla mnie nie jest do zaakceptowania. Powiem krótko - jak można spierdolić taki film, polskim dubbingiem. No masakra! Po 15 minutach wyłączyłam i postanowiłam czekać na wersję oryginalną, z polskim lektorem. Byłabym w szczęśliwą osobą, gdyby tym lektorem był Piotr Borowiec! Nie będzie on, będę też oglądać, ale nigdy już z polskim dubbingiem!
To powiem Ci Irko, że ten "Projekt Hail Mary" był z napisami. I pierwsza myśl to była taka, że szkoda, że napisy i chyba sobie odpuszczę i poczekam na jakąś wersję z lektorem. Ale szybko uznałem, że w kinie te napisy aż tak nie przeszkadzają, bo tam są one wyraźne i nie ma tam tych wszystkich rozpraszaczy, które pojawiają się, gdy ogląda się film w domu, na Netfliksie. Za to napisy mają ten duży plus, że słychać autentyczny głos aktora, można wyczuć jego emocje. I nie żałuję, że wybrałem się na film z napisami, bo wcale mi one nie przeszkadzały. Za to może nie tyle przeszkadza, co dziwi mnie ta maniera jedzenia w kinie. Co to oni nie mogą się nażreć przed lub po seansie? Mnie też czasami żona pyta czy chcę coś do jedzenia i jej odpowiadam, że gdybym chciał to bym ją zabrał do restauracji, a nie do kina, a w kinie to chcę obejrzeć film. Widzę tych ludzi z tymi wielkimi pudłami jakichś czipsów czy prażonej kukurydzy czy innego śmieciowego żarcia, do tego dwulitrowa cola i potem zdziwieni, że im dupy rosną, a na sali potem słychać chrząkanie, mlaskanie itp. odgłosy. Tak samo nie toleruję jedzenia w samochodzie. A moja mama to uwielbia. Jedziemy do Krakowa, to jest jakieś 4 godziny jazdy i przecież po drodze się zatrzymam na jakiś postój, więc spokojnie można wytrzymać bez jedzenia w samochodzie, bo potem pełno jakichś okruszków, papierków. A ledwo wyjedziemy to słyszę: a może jesteś głodny? a może byś coś zjadł? a może cukierka? a może ciasteczko? a może kanapkę? a może coś jeszcze? Kiedyś opuściłem szybę i cukierek poleciał przez okno i mówię: Mamo, u mnie w samochodzie się nie je, chcesz to się zatrzymam i wtedy się najedzcie, ale tak żeby już do samego Krakowa Wam starczyło i żebym za chwilę znowu tego nie słyszał, bo ja odżywiam się umiarkowanie i racjonalnie i jak trzeba to spokojnie wytrzymam kilka godzin bez jedzenia. Nie rozumiem co to za moda na jedzenie w kinie, co to dwóch godzin nie można wytrzymać bez przeżuwania?
Tak, to racja z tym żarciem w kinie. Tak samo jak w samochodzie. Ledwo się człowiek ruszy z miejsca, to już nagle zaczynają wyciągać pakunki z toreb, by coś zjeść. No masakra!
Serwis przeznaczony tylko dla osób dorosłych. Klikając "Rozumiem" potwierdzasz, że masz ukończone 18 lat. Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług.